Moja mała wielka odyseja, czyli notatki z podróży

28 września 2019 , Tagi: historia , Tarnów , turystyka

2/100 Nie było drugiego takiego miasta w Galicji jak Tarnów. Choć zawsze w cieniu Krakowa i Lwowa, Abraham Chomet – ostatni przewodniczący tarnowskiej gminy żydowskiej – nazwał Tarnów “być może” jedynym miastem w Polsce, w którym przed wojną w radzie miejskiej ludzie różnych religii i narodowości pracowali razem w zgodzie i harmonii dla dobra ogółu.

Gdy pomyśli się o tym, nowego znaczenia nabiera stwierdzenie, że Tarnów to “biegun ciepła w Polsce”. Symbioza w radzie miejskiej została jednak brutalnie zniszczona. To właśnie z Tarnowa wyruszył pierwszy transport Polaków do Oświęcimia, a już dwa lata później na rynku Niemcy masowo mordowali Żydów. Wielu Tarnowian może jeszcze to pamiętać.

Dziś miasto nie odwraca się od 500-letniej historii tarnowskich Żydów. Na mapie turystycznej jest wyznaczony szlak żydowski, którym można zwiedzać miasto. Istnieje tu koszerna kawiarnia Kosher Cafe, którą prowadzi Gerald Vineberg. Często można go spotkać przed lokalem, gdy w jarmułce czyta zagraniczną prasę. W restauracji Stara Łaźnia Magda Gessler przeprowadziła swoją rewolucję – można tam spróbować galicyjskich potraw starego Tarnowa. W budynku w stylu mauretańskim była kiedyś żydowska łaźnia rytualna: mykwa. To tu zgromadzono więźniów przed transportem do Oświęcimia. Dziś na schodach budynku grupka dzieciaków ćwiczy triki na hulajnodze. Na północ od centrum jest zabytkowy cmentarz żydowski, najstarszy i największy w południowej Polsce. Tym bardziej więc smucą antysemickie napisy, które jak rakotwórcze krosty tu i tam szpecą miasto.

Pani Teresa wygląda na ponad 80 lat. Mieszka niedaleko, bo przy ul. Kapitulnej. Zaraz obok jest ul. Żydowska z nienaruszoną przez wojnę strukturą. W niektórych oknach mogą wisieć jeszcze okiennice starych żydowskich sklepów. Gdy 80 lat temu Niemcy wchodzili do miasta, tuż obok stała synagoga. Dziś pozostała po niej tylko bima – podwyższenie, z której odczytywano Torę. Pani Teresa wychyla się z okna i przez dłuższą chwilę patrzy na ludzi na placu. – Czy mogę zrobić Pani zdjęcie? – pytam. Widzę, że kobieta nie może z jakiegoś powodu wydusić słowa, bo ma łzy w oczach. Jednak uśmiecha się i mówi: “Koniecznie!”. Robię dwa zdjęcia. Gdyby to była klisza, zrobiłbym jedno. Próbuję zadać jakieś pytanie, ale udziela mi się wzruszenie i po prostu też się uśmiecham do wycieczki Żydów spacerującej po skwerze starej Synagogi. Na ławce siedzą Romowie, obok Polacy zamykają sklep. Jest piękne wrześniowe popołudnie 2019 roku w Tarnowie, najcieplejszym mieście w Polsce.

– Skąd Pan przyjechał? – zapytał mnie wieczorem pan Andrzej, u którego zatrzymałem się na obrzeżach miasta. Nie czekając na odpowiedź, stwierdził, że pewnie jestem przejazdem i wracam z urlopu. Jest przyzwyczajony do tego, że jego lokatorzy najczęściej zatrzymują się u niego, wracając z gór. – Jestem tu pierwszy raz. Przyjechałem zobaczyć Tarnów – powiedziałem i zacząłem pokazywać mu zdjęcia willowych domów w Tarnowie. Pan Andrzej, który pracuje w wykończeniówce, ewidentnie zainteresował się zdjęciami modernistycznych wnętrz Domu Książków, które od lat 70. ubiegłego wieku do dziś praktycznie się nie zmieniły. – A wie Pan, że niektórzy takie wykończenia każą dziś skuwać? – przyznał z rozbrajającą szczerością, pokazując na zdobienia ścian na fotografiach. Co zresztą w ogóle mnie nie zdziwiło, bo przecież kilka lat temu na Pradze Północ w Warszawie nowy właściciel lokalu przy ul. Wileńskiej skuł przedwojenną posadzkę, by na jej miejscu położyć najtańszy gres. Polacy bardzo często są barbarzyńcami i nie ma na to wpływu ich miejsce zamieszkania.

Modernistyczny Dom Książków, który pokazywałem panu Andrzejowi, to jednak przykład dbania o każdy detal. W budynku przy ul. Chopina 16 są dziś gabinet rentgenowski oraz prywatne mieszkanie doktora Stanisława Franciszka Książka. Gdy dzwonię do drzwi, po chwili zjawia się w nich starszy pan w białym fartuchu. Nie robi na nim wrażenia, gdy mówię, że przyjechałem specjalnie zobaczyć jego dom. Najwyraźniej takich jak ja co chwilę musi odganiać. Pozwala mi jednak wejść do ogrodu, który połączony jest z tarasem. Budynek jest sześcianem na słupach, ozdobiony jest kolorowymi ceramicznymi mozaikami. Wojciech Pietrzyk w 1967 roku zaprojektował nie tylko budynek, lecz także architektoniczne detale, boazerię i meble. Coś przepięknego! Dla miłośników modernistycznej architektury przestrzeń arcyciekawa. Zresztą takich miejsc w Tarnowie jest więcej, ale po kolei.

Tu, gdzie dzisiaj są Mościce, przemysłowa dzielnica Tarnowa, kilka lat po odzyskaniu przez Polskę niepodległości były pola nad Dunajcem. Prezydent Ignacy Mościcki miał jednak wizję. Chciał odmienić jeden z najbiedniejszych regionów w Polsce. W 1927 roku ruszyła więc budowa zakładów chemicznych. Razem z portem w Gdyni była to najważniejsza inwestycja przemysłowa powstającego państwa polskiego. Tysiące ludzi miały dostać pracę w Fabryce Związków Azotowych i zamieszkać w okolicy. Tak powstało nowoczesne osiedle Mościce, po wojnie już przyłączone do Tarnowa. Co ciekawe, tak port w Gdyni, jak i zakład Azoty Tarnów służą nam po dziś dzień.

O nowych mieszkańców Mościc zadbano dobrze, ponieważ osiedle miało być samowystarczalne. Dyrektorzy wprowadzili się do modernistycznych willi, a robotnicy dostali domy jednorodzinne w okolicy. Po wojnie modernizm zaczął mieszać się z socrealizmem, a domy jednorodzinne stały się wielorodzinne, dlatego nazywano je „czworakami”. Powstały jednak obiekty sportowe, przedszkola, sklepy, szkoły, ośrodki zdrowia, dwa kasyna i kościół. Od samego początku osiedle budowano według idei “miasta ogrodu”, czyli tak, by jego mieszkańcy jak najmniej odczuwali, że za miedzą produkowana jest chemia. Innymi słowy, ludzie mieli mieć blisko do pracy, ale i gdzie po niej odpoczywać wśród zieleni. W latach 80. ubiegłego wieku fabryka zatrudniała nawet 14 tysięcy ludzi. Nie było w mieście rodziny, z której ktoś nie pracowałby w zakładzie. Dziś odbija tam kartę trzy razy mniej ludzi.

Zwiedzanie Mościc zaczynam od dworca kolejowego z lat 70.: Tarnów Mościce. Spaceruję razem z Małgorzata, która kiedyś chodziła tu do szkoły, tak zwanej „tysiąclatki”. Dziś jest w Mościcach nauczycielką. Nie ma więc wątpliwości, że jest to „jej dzielnica”, choć dziś mieszka już w centrum Tarnowa. Na starych zdjęciach budynek dworca PKP wygląda jak stylowa scenografia filmowa: przeszklona bryła, kasetonowy strop z lampami, drewniane fotele w poczekalni, szerokie schody prowadzące na antresolę, stylowe kasy biletowe, na posadzce wzory, na dachu elementy drewna. Wszystko do generalnego remontu i mycia. Znawcy architektury kolejowej twierdzą, że jest to jeden z ciekawszych dworców PKP w kraju. Dziś -zamknięty – popada w ruinę. Budynek zabity jest dechami, wszędzie walają się puste butelki, a teren przejęli graficiarze. Gosia pokazuje mi, gdzie kiedyś był sklepik, opowiada, że na dworzec przychodziło się na pierwsze randki. – Wszystko się działo tutaj, na miejscu. Nie było potrzeby jeżdżenia do Tarnowa – dodaje. Stało się więc to, co planował Mościcki, dzielnica stała się samowystarczalna.

Stacja PKP dzieli Mościce na dwie części: północną i południową. Niedaleko od niej stoi rzeźba Wilhelma Sasnala, który stąd pochodzi. Praca przypomina rury, z których spływa pofabryczny szlam. Stoi w trawie, można się na nią wspinać. Za komuny mówiło się, że jedna z amerykańskich rakiet skierowana jest w tutejszą fabrykę Azoty. – Było przekonanie, że Tarnów to miejsce strategiczne i rzucą na nas bombę – mówi Gosia. Nad Mościcami wisiało więc widmo zbliżającej się katastrofy. Do fikcyjnego ataku na Tarnów miało dojść 28 marca 1983 roku. Jak się okazało, była to tylko plotka, której dziś Sasnal poświęcił pracę. “Mościce mają się do reszty Tarnowa trochę jak Nowa Huta do Krakowa. Niby robotnicza dzielnica, ale jednak z takim niezwykłym przedwojennym sznytem. (…) Tylko ona mnie w tym mieście wzrusza. Serio. Reszta udaje Kraków” – mówił Sasnal w wywiadzie dla “Zwierciadła”.

Dzielnica rzeczywiście może wzruszać. Mijamy sklep rolno-spożywczy, który był tu “od zawsze”. Gosia pokazuje mi ul. Obrońców Lwowa. Wzdłuż niej rosną cztery szpalery ponad 100 lip, posadzonych jeszcze przed wojną. Dalej jedziemy do dawnego Domu Kultury Zakładów Azotowych, który przypomina statek płynący przez morze. Gdy nad Mościcami zbiorą się deszczowe chmury, musi wygląda jak groźny transatlantyk, a gdy świeci słońce – przypomina żaglówkę. Zimą zaś pewnie skocznię narciarską albo przewróconą choinkę.

W parku im. Eugeniusza Kwiatkowskiego stoją przedwojenne betonowe ławy porośnięte mchem, chyba niewiele młodszym. Na jednej z nich widać kreskę; dotąd sięgała woda, gdy przez Mościce przeszła powódź. Gosia pokazuje mi też rodzinną część Mościc. Na obrzeżach – zaraz obok Dunajca – okolica wygląda jak sielska wioska. Wokół tylko pola i pojedyncze domy, nad którymi górują groźne kominy Zakładów Azotowych. Przejeżdżamy obok rodzinnego domu Gosi, która z auta pozdrawia tatę stojącego obok bramy.

Najbardziej romantyczno-nostalgicznym miejscem wydaje się opuszczona pływalnia na terenie Miejskiego Domu Sportu. W 1972 roku wybudowano tu dwa otwarte baseny dla klubu Unia Tarnów, który był wtedy własnością Zakładów Azotowych. Przy tym olimpijskim stanęła też wieża do skoków. Dziś tak basen, jak i wieża są zamknięte. Gdy się dłużej posiedzi nad tym olimpijskim akwarium, można zauważyć pływające w nim ryby. Pan pilnujący obiektu nie ma jednak wątpliwości, że szybciej wieża się zawali, niż znajdą się pieniądze na remont basenów. Niemniej ryby w wodzie mogą czuć się bezpieczne. Wymiana wody też nie jest tania.

grafika: Katarzyna Luka

Serdeczne podziękowania dla Gosi za spacer po Mościcach!

#notatkizpodrozy #latawiecnadpolska #49wojewodztw #tarnow #malopolska #polska Mój Tarnów Tarnów – ciekawostki, tajemnice, stare zdjęcia Tarnow.net.pl Centrum Sztuki Mościce Pływalnia Letnia Mościce Mościce dzielnica Tarnowa Grupa Azoty Grupa Azoty Tarnów

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej